5 powodów za które kocham małe miasteczka. Zwłaszcza to, z którego pochodzę

kinkate / CC0
kinkate / CC0 kinkate / CC0
Żeby była jasność, napiszę to od razu w pierwszym zdaniu: kocham Warszawę. Kocham duże miasta. Kocham to, że ciągle coś się dzieje. Staram się nie narzekać na korki, tłumy w metrze, spóźniony autobus którym będę jechała do pracy przez najbliższą godzinę i kolejki w marketach. I gdy latem śpiąc przy otwartych oknach (wychodzących na ulicę) słyszę co pół godziny ruszający z przystanku i skręcający w lewo autobus to się nie wkurzam, ale cieszę, że wreszcie jest ciepło. I prawdę mówiąc już nie mogę się doczekać tego hałasu.

Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś mieszka w centrum wielkiego miasta z wyboru, to po prostu się z tym godzi. I już.

Ja przeniosłam się do stolicy już kilka lat temu i nie zamierzam (póki co) z niej uciekać. Lubię wiedzieć, że w każdej chwili mogę skorzystać ze wszystkich miejskich udogodnień, które czekają za rogiem. Kino, teatr, sushi, klubokawiarnia z kulkami dla dzieci, wypożyczalnia kostiumów, karaoke, lokalny aeroklub czy inne zabawy w stylu początkowej sceny z „Piły”. Wiem, że w oczach wielu korpomatki w dużych miastach mają życie jak w Madrycie, ale osobiście nie korzystam z wyżej wspomnianych atrakcji codziennie i nie zawsze spontanicznie. Sęk w tym, że gdybym chciała, to bym mogła. Bo są na wyciągnięcie ręki.

Niemniej nie o wielkich miastach tym razem. Wręcz przeciwnie. Pochodzę z 30to tysięcznego miasteczka w Wielkopolsce. Kończąc liceum nie miałam dylematu nastolatków z metropolii, tj. nie musiałam podejmować decyzji czy zostać czy wyjeżdżać. Pójście na studia równało się z opuszczeniem rodzinnego domu. I tak już zostało.

Ale zawsze chętnie tam wracam. Rzadziej, częściej – wiadomo. Kiedy jestem w mojej rodzinnej mieścinie resetuję się totalnie. Odrywam myśli od hałasu, korków, pogoni za nie wiadomo czym. I wyłączam zarówno służbowy jak i prywatny telefon (nie zawsze).

Odbyłam ostatnio rozmowę na temat zalet mieszkania w Warszawie. A chwilę później uświadomiłam sobie, że przecież mieszkanie w małym mieście jest tak samo ekstra. Jeśli nie bardziej ekstra.

1. Mam wszystko pod ręką
Od kilku dni próbuję kupić czyściki do garnków. Zakochałam się w nich, kiedy jakiś czas temu dostałam jeden od babci. I wiecie co? No właśnie nic… W mojej okolicy nie ma sklepiku typu „1001 drobiazgów dla Twojego domu”. W trzech marketach w których jest wszystko dla domu, nie było tylko czyścików. Markety budowlane są daleko, poza tym ten, który lubię przestawił się na czyściki innej firmy (których nie lubię). I finał jest taki, że właśnie dokonałam transakcji na allegro. Paczka przyjdzie za kilka dni. Plus jest taki, że nie będę musiała biegać po sklepach, bo zamówiłam na adres firmy. Ale patelnia leży i czeka. Źle znoszę takie rzeczy, więc staram się nie patrzeć w jej stronę. Mam nadzieję, że przesyłka trafi jutro na moje biurko.

2. Jestem eko
Najdalej położony od mojego domu rodzinnego jest szpital. Rzadko tam bywam, ale jak już muszę, to przeznaczam 25 na spacer do celu. 15 idę do okulisty, tyle samo do dentysty. Jakieś 7,5 na bazarek, 3 do najbliższego spożywczaka. Tyle samo do apteki, drogerii i optyka. Jestem dzięki temu fit (dużo chodzę), eko (mój diesel nie wypluwa spalin) i w dodatku jestem mniej sfrustrowana bo nie wkurzam się na innych kierowców. Ale jak już jadę autem, to też jestem mniej sfrustrowana, bo nikt nie trąbi na mnie jeśli nie ruszę już na pomarańczowym.

3. Jem smacznie i zdrowo
Wiem, że nie dotyczy to wszystkich małych miast, ale nie sposób nie wspomnieć o babcinej kuchni. Dla mnie wyjazd do domu rodzinnego oznacza zawsze pyszne jedzenie. ZAWSZE. Uwielbiam być słoikiem, zapowiadać się dwa dni przed przyjazdem, że przyjadę i artykułować co będę miała ochotę zjeść. Zazwyczaj pada na pomidorówkę (nikt nie robi tak pysznej jak moja babci). Jeśli wiem, że babcia jest w dobrej formie to nie waham się rzucić hasła „pierogi”. Czuję się z tym doskonale. Babcia się cieszy, spełnia, czuje się potrzebna. Ja jem pysznie. Pełnia szczęścia. I owszem – zabieram jedzenie z powrotem do Warszawy. Ta opcja jest super.

4. Oszczędzam na usługach
Stereotyp życia w wielkim mieście: jest drogie. Pozwolę sobie na dyplomatyczny zwrot „i tak i nie”. Decydując się na przygotowywanie posiłków do pracy i jeżdżąc raz w tygodniu na duże zakupy do dyskontu z warszawskiego portfela ubywa niewiele więcej niż z tego należącego do mieszkańca małego miasta. Paliwo wcale nie jest droższe, ani posiłek w restauracji od czasu do czasu. Widzę natomiast znaczącą różnicę w przypadku usług. Hybryda czy inne zabiegi kosmetyczne, wizyta u dentysty czy wymiana fleków – zawsze staram się korzystać z nich w moim rodzinnym miasteczku. Poza tym jak Pan Mietek wymienia fleki, to szybciej buty się zużywają niż nowe podbicie.

5. Żyję wolniej
Wspominałam już o tym, ale uważam, że ten stan zasługuje na oddzielny podpunkt. Stan, dokładnie tak. Wstaję wtedy, kiedy się wyśpię, a dziadkowie są zachwyceni, że mają wnuczkę dla siebie. Jem śniadanie przed telewizorem (nie robię tego na co dzień, bo nie mam telewizora, ale o tym więcej kiedy indziej) i tata parzy mi kawę. To takie moje mini święto. Plan dnia to głównie brak planu. Moi rodzice budują dom, więc zawsze jest co robić i czego nie robić. Klocki dla dziecka z resztek palet, kręgle z butelek po wodzie mineralnej, zamiatanie podjazdu, leżenie w hamaku – co kto lubi. Wymieniłam te atrakcje na zewnątrz, bo idzie wiosna ;) Ale są również planszówki, kawa, zestaw klocków i tak dalej. I żadnych telefonów! Rozmowy tylko te prawdziwe, w cztery oczy. Albo w więcej par, ale bez gapienia się w ekran smartfona.

Wiem, że nie odkryłam Ameryki i spisałam tak zwane oczywiste oczywistości. Ale trochę o to chodziło. By podsumować to, co dla mnie ważne i o tych rzeczach nie zapominać. Ba, celebrować. I docenić błogosławieństwo pochodzenia z małego miasta. Żyć w dużym może każdy, ale wracać do małego na takich zasadach już tylko nieliczni.


Tekst został także opublikowany na stronie O Matko Boska!
Polub nas na FB
Trwa ładowanie komentarzy...