Reumatoidalne zapalenie stawów to nie wyrok! Jej pomogło spełnić marzenia

Małe cuda od ChocoLapin fot. ChocoLapin
Małe cuda od ChocoLapin fot. ChocoLapin Małe cuda od ChocoLapin fot. ChocoLapin
O reumatoidalnym zapaleniu stawów wiem niewiele. A do niedawna nie wiedziałam nic. O tym czym jest RZS w teorii, możecie zapytać wujka Google. O praktyce jednak niewiele się mówi. A jeśli, to wydźwięk jest mocno… hmm depresyjny. Internet pisze o tym, jak to jest ciężko, jak źle i jak pod górkę. Ale nie musi tak być. I nie zawsze jest.

Elizę poznałam kilka lat temu, kiedy wprowadziliśmy się do obecnego, prawie własnego już M. I choć drzwi wejściowe Naszych mieszkań dzielą trzy dziecięce kroki, ja jestem w stanie wręcz przeskoczyć bez konieczności dotykania stopą podłogi na klatce schodowej. Dopóki jednak na świecie nie pojawiła się moja córka, nigdy nie było czasu ani okazji do spotkania. Dopiero kiedy zostałam mamą i w moim zabieganym życiu pojawiło się odrobinę więcej wolnego czasu ilość Naszych spotkań i wspólnych porannych kaw / popołudniowych herbat wzrosła. Pewnie dlatego, że obie jesteśmy mamami wspaniałych dziewczynek, obie lubimy żyć aktywnie i obie miałyśmy więcej czasu. Ja na urlopie macierzyńskim, Eliza po odejściu z korporacji i wcielaniu w życie swoich marzeń.

Życie z RZS

W trakcie tych właśnie spotkań dowiadywałam się stopniowo jak wygląda życie osoby chorej na reumatoidalne zapalenie stawów. O tym jakie są objawy RZS, leczenie, jak uśmierzać ból. O tym jak ważna w chorobie jest dieta i wsparcie osoby najbliższej, zwłaszcza w bieżących, domowych sprawach. Mówię tu nie tylko o odkurzaniu czy porannych spacerach z psem, ale również o „dobierańcu”. Bo to dzięki partnerowi Elizy ich czteroletnia córeczka codziennie może być księżniczką. Tak drogie Panie i drodzy Panowie. To tatuś codziennie rano pomaga dziecku się ubrać i dba o jej fryzurę. Bo mama zwyczajnie nie może…

Przez wiele lat choroba była na tyle spokojna, że nie przeszkadzała Elizie w korporacyjnym życiu zawodowym. Mocno korporacyjnym. Uwierzcie. Aż przyszedł kryzys, kompletny brak sił i problemy z poruszaniem się. To wszystko zbiegło się z końcem umowy.

Teraz albo nigdy

Z jednej strony beznadzieja. Brak sił, w domu małe dziecko, marne szanse na znalezienie nowej pracy. W końcu kto zatrudni osobę w takim stanie fizycznym. Czekała na rehabilitację, na decyzję lekarzy o zakwalifikowaniu się do leczenia biologicznego. Większość historii o których słyszałam lub czytałam w tym miejscu kończy się terapią, rentą i wychodzeniem z depresji. Ta w pewnym sensie też. Ale tylko w pewnym sensie. Bo choroba nie trafiła na podatny grunt, ale na pełną energii, pomysłów i sił kobietę.

Wspólnie ze swoją przyjaciółką, wówczas świeżo upieczoną mamą, postawiły na marzenia. Obie pragnęły mieć własny butik z ubrankami dla dzieci, ale takimi nietypowymi, takimi jakie one miały w dzieciństwie. Poszukiwania wymarzonego produktu nie spełniły ich oczekiwań. Popatrzyły na swoje maluchy i stworzyły własne projekty ubrań. Trochę retro, trochę tego co akurat na topie. Tak właśnie w skrócie powstał czekoladowy królik – ChocoLapin.

Historia jakich (nie) wiele

Nie, to nie jest historia o jakich czytacie, czy słyszycie na pęczki. To nie jest zwykła historia o spektakularnym rzucaniu korpo i spokojnej pracy na własny rachunek. To nie jest też reklama. Piszę o tym, bo trzymam za ten projekt kciuki – jest namacalnym dowodem na to, że można każdego dnia pokonywać chorobę, poprzez uszczęśliwianie siebie. Można ją uśpić, można z nią spokojnie i zgodnie żyć realizując swoje marzenia. Poza tym bardzo mi się podobają ubranka od ChocoLapin!

Sama jestem mamą. Korpomamą, którą drażni bylejakość, powtarzalność i kolor różowy. Drażnią mnie też syntetyczne, chińskie tkaniny i gryzące metki przyszywane żyłką. Dlatego przynajmniej próbuję uchronić moją córkę przed tym „złem”. Podobnie jak Eliza i Jola swoje. W ciuszkach od ChocoLapin nie ma w środku metek, szwy są ukryte pod lamówkami, ubranka są ręcznie wykończone. I choć osobiście mam ambiwalentny stosunek do koronek, w tym wypadku jestem na tak. Jakiś czas temu zapytałam Elizę (na fb, bo znów – jak na początku znajomości – brakuje nam czasu na kawę) dlaczego właściwie koronki. Odpisała mi tak:

„Pamiętam przede wszystkim te malutkie sukieneczki, ponieważ później chodziły w nich moje lalki . Wszystkie były bawełniane, z reguły w pastelowych kolorach, a koronka bawełniana stanowiła zazwyczaj jakiś element wykończenia, np. rękawków, dołu czy też karczku, co dodawało sukience niezwykłego magicznego uroku. Niektóre z nich dodatkowo były zdobione kolorowym haftem ;)”

Nic dodać nic ująć. Właściwie to też czasem marzę o tym, żeby robić to o czym marzę i tak jak dziewczyny robić coś wyjątkowego. Ale póki co mój korpotryb życia i słuchanie o tym co nowego na czekoladowym froncie mi odpowiada.

Małe, czekoladowe cuda

Popatrzcie sobie na te małe cuda. Są wygodne, nie uwierają, nie przeszkadzają nawet we wchodzeniu na drabinki ;) Dziewczyny nie szyją masowo, co jest fajne. Zajrzyjcie na stronkę, pozachwycajcie się i piszcie do Joli i Elizy. Oprócz fantastycznych ubrań i uroczych dodatków, optymizm w pakiecie! I nie ważne, czy chodzi o reumatoidalne zapalenie stawów, wypalenie zawodowe czy cokolwiek innego, co teoretycznie spowodować by mogło dołek. Z drugiej strony jest zawsze górka!


Tekst został także opublikowany na stronie O Matko Boska!
Polub nas na FB
Trwa ładowanie komentarzy...